poniedziałek, 14 listopada 2016

listopadem

Przez cale swoje życie z rosnącym zdziwieniem obserwuję jak moja rodzina coraz bardziej bezpośrednio próbuje mi zasugerować, że wyglądam po prostu źle. Każdy kolejny lumpeksowy sweter i ortalion przelewają szalę goryczy i w ich efekcie słyszę modowe porady, śmiech i/lub raczej mało konstruktywną krytykę - bo jak niby mają uargumentować, że po prostu im się to nie podoba? O gustach się przecie nie dyskutuje. Jednak w pewnym momencie zaczęłam analizować jakie jest źródło tej niechęci i zdaje mi się, że udało mi się dojść do tego, co leży u jej podstaw. Nawet nie tyle chodzi o wzory, kolory czy kroje budujące raczej mało kobiecą sylwetkę. Chodzi o to, co przypomina to moim dziadkom i rodzicom, czyli po prostu czasy ich młodości, gdy marzyli o ładnych, kolorowych ubrankach, które teraz ja mogłabym nosić, a zamiast tego wybieram estetykę przywodzącą im na myśl PRLowską dziadowiznę. Żeby to chociaż przypominało skarby z Pewexu, ale nie, psikus! Ubrania te kojarzą się z szarością i brzydotą ówczesnego życia. Choć nie chcę też generalizować - może po prostu ten styl to dla nich przeżytek. Wyobrażam sobie, że moja reakcja byłaby podobna gdybym zobaczyła swoje przyszłe dziecko w beanie z napisem "BAD HAIR DAY", leginsach upstrzonych wzorem galaxy i z kolorowym ombre na włosach. Więc jednak przymykam powieki i piję ich zdrowie.